sobota, 3 sierpnia 2013

Ja tyl­ko wal­czę o siebie, ja tyl­ko nie chcę umierać, ja tyl­ko pragnę pokochać.

Nie tylko Ty, Jamesie Freyu. Piszesz o prawdzie uniwersalnej, ważnej jak woda stanowiąca 78 % naszego globu. Piszesz o czymś, co powinno stać się dewizą każdego człowieka. Dlaczego więc tak się nie dzieje? Skąd bierze się paraliżujący strach przed walką o swoje spełnienie?
To nie jest takie proste. Mówisz tak i zaczynasz w to wierzyć. I wiele osób wokoło przyzna Ci rację. Chciałbyś wziąć udział w boju o szczęście, ale coś Ci nie pozwala. Coś tak bardzo Cię ogranicza, wiąże ręcę, zamyka usta, plącze nogi. A cóż to takiego? Wpływy z zewnątrz.
Nie uda Ci się, musisz tak wiele zmienić, inaczej nikt nie będzie Cię chciał. Słyszysz to od kołyski. Przesiąkasz tą trującą ideologią, nie znając innej. To dlatego łatwiej Ci w nią wierzyć, przecież nie można żyć inaczej. Trzeba być potulnym jak cielę, cichym jak mysz pod miotłą, a nie upartym jak osioł. Ty nie możesz mieć własnego zdania, wizji swej przyszłości. To oni wiedzą co jest opłacalne, przyszłościowe, rozwijające. Oni wybierają drogi, Ty nawet nie masz okazji ujrzeć rozstajów. Ślepo wykonujesz misternie stworzony plan, łudząc się, że jest on pisany specjalnie dla Ciebie. Pocieszasz się, że każdy młody człowiek przeżywa to co Ty. Chce się odezwać, ale się boi.
Aż spotykasz kogoś, kto nie lęka się walczyć o swoje marzenia. Kogoś, kto nie jest śnietą rybą płynącą z prądem. Kogoś, kto buntuje się nie dla zasady, ale dla swojego dobra, po to, by kochać. Początkowo nie potrafisz się z nim porozumieć. Dobrze się Wam gada, ale macie inne podejście do życia. Ty widzisz grzyb atomowy, on twarz klauna (http://demotywatory.pl/25606/Punkt-widzenia). Dla niego niesubordynacja jest sposobem na życia, dla Ciebie abstrakcyjnym hasłem ze słownika. I taki stan utrzymuje się długo. On poznaje smak miłości, gorycz porażki, wszechogarniające uczucie samotności. On po prostu ŻYJE. Podczas gdy Ty prześlizgujesz się przez swój żywot, coraz bardziej nienawidząc swoją sytuację.
Kłócicie się, walczycie, toczycie bój. O Twoje szczęście. On chce pomóc, Ty nie wierzysz, że może. On ma nadzieję, Ty jesteś sceptykiem. On wierzy w Twoją determinację, Ty jej nie dostrzegasz.
Wszystko zmienia jedna ciepła noc. Gdy jesteście gotowi na rozmowę. Gdy po raz pierwszy nie odrzucasz gotowej recepty, jaką daje Ci przyjaciel. Kiedy postanawiasz zawalczyć
o siebie.
I teraz wszystko się zmieni. Nie od razu, nie łudź się. Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu- zawsze to jakiś progres. Wierz, że to skończy się wiktorią. Wierz, że jesteś powołany do miłości. Wierz, że przyjaciół dostajesz od Boga, by ukazali Ci tę jaśniejszą stronę Księżyca.

wtorek, 30 lipca 2013

Po co?!

Angażujesz się, ufasz, oddajesz wszystko, co masz. Nie potrafisz wyciągnąć wniosków
z lekcji, jakie już dostałeś od życia. Przecież nieźle Ci ono już dokopało. I zamiast usiąść na tyłku i pokornie czekać na lepszy czas, Ty na siłę sam go szukasz. Sam nadstawiasz głowę pod topór kata. Niezły z Ciebie masochista, wiesz?
Krzyczysz, że to nieprawda, że się czepiają, że nie mają racji. Tym razem będzie inaczej, teraz to coś naprawdę poważnego. Przepełnia Cię nadzieja, banan nie schodzi z twarzy, energia rozpiera. Masz ochotę wyjść na ulicę w centrum miasta i wykrzyczeć jak bardzo jesteś szczęśliwy, spełniony, bla, bla, bla... I co, wierzysz, że to trwałe? Że jutro obudzisz się
i znowu będzie pięknie? Nic z tych rzeczy.
Budzisz się a za oknem znowu sypie śnieg. Zresztą jak przez ostatnie kilka dni. Gorąca herbata na rozgrzewkę, gruby szal, czapa na uszy i trzeba iść na podbój świata. Jednak Twoja determinacja skończy się wraz z nadejściem wieczora. Śnieg ustąpił miejsca deszczowi, a radość rozpaczy. Wszystko się skończyło, prysło jak bańka mydlana puszczana w ciepłe dni. Znów jesteś sam.
Nie umiesz się z tym pogodzić, każdy to dostrzega. Desperacko wierzysz, że ten rozbity wazon da się posklejać. Nie ma opcji, skorupy są zbyt drobne. Gruchnęło i to równo. Jedyne co pozostaje zrobić to poszukać szczotki zmiotki, a potem kosza na śmieci. Tak, Złotko. Miejsce Twych nadziei, pragnień, wiary jest teraz w śmietniku. Smutne, brutalne, ale niestety realne.
Pamiętaj, nie obwiniaj siebie. Na pewno nie byłeś kryształowy, nikt nie jest. Jednak nie próbuj zrobić z siebie kozła ofiarnego, na którego barkach ma znaleźć się cała wina. Nie! Ty kurczowo trzymałeś wazon, chroniłeś go przed zniszczeniem. Ty przykleiłeś mu uszko, gdy niezdarnie idąc zahaczyłeś i  odpadło od dzbanka. Wreszcie to Ty wlewałeś do niego wodę, by kwiatuszki nie zwiędły. Ok, czasem o tym zapomniałeś. Ale nie jesteś Perfekcyjną Panią Domu, jesteś człowiekiem, który pielęgnował uczucie jak tylko się dało.
Po co?! By usłyszeć dźwięk rozbijającego się szkła? By płakać nad czymś, co tak bardzo się kochało? By czuć ból, którego zagłuszyć się nie da, na który nie zadziała ani lek ani jakiekolwiek placebo?
Nie. Po to, by kiedyś dostać piękniejeszy wazon. Nie ze zwykłego, sodowego szkła. Ale
z pięknego kryształu, w którym odbijają się promienie słońca, tworząc harmonię barw.
I kiedyś patrząc na niego, jak stoi na stoliku wypełniony bukietem pachnących róż, stwierdzisz: Było warto.


piątek, 26 lipca 2013

Prawdziwe uczucie...

Kurczę, znowu zapomniano go podlać. Nie, no teraz to już na pewno uschnie, ile można żyć na takiej Saharze. Ale nie, on znowu naiwnie wierząc, że kiedyś sobie o nim przypomnisz, trwa. Ziemia zamienia się w skorupę, liście zieleń widziały jedynie za oknem, kwiaty nawet nie miały jak się rozwinąć. Ale on czeka, czeka i wierzy.
Jak to jest możliwe? Bo to kwiat dany w prezencie od przyjaciela. I przejął cechy pierwszego właściciela. Ślepo wierzy, ma nadzieję, jest cierpliwy. Zapomina o złych momentach, jak głupi cieszy się choćby z małej oznaki zainteresowania. Możesz nazywać go naiwniakiem, głupcem, ślepcem. Trafniej jednak będzie powiedzieć, że jest on owocem prawdziwego uczucia.
Bo przyjaźń takim właśnie uczuciem jest. Wiadomo, rodzina to podstawowa komórka życia społecznego, w której się rodzisz i socjalizujesz. Nie masz jednak wpływu na to czy urodzisz się w centrum Starego Kontynentu czy na azjatyckiej prowincji. To nie od Ciebie zależy status społeczny rodziców, wygląd rodzeństwa, geny dziadków. Są to tak zwane czynniki zdeterminowane odgórnie.
Żeby życie nie było takie smutne, Bóg dał Ci możliwość stworzenia drugiej, własnej rodziny. I nie musisz czekać do 18 urodzin, bo nie chodzi tu o ślub, dzieci i dom z ogródkiem. Dostałeś o wiele większy skarb- możesz wybierać sobie przyjaciół. W piaskownicy decydujesz czy zbudujesz zamek z tą dziewczynką w dwóch warkoczykach czy piegusem
z bloku obok. W przedszkolu wybierasz swój obiekt westchnień, którego obdarujesz pierwszym, niewinnym całusem. W szkole siądziesz w ławce z kujonem albo klasowym klaunem. To od Ciebie zależy czy będzie ich mnóstwo czy zostaniesz sam jak palec. Jesteś kowalem własnego losu.
Pomyśl sobie jak wielkie to dobrodziejstwo. Siostra Cię nie rozumie, masz przyjaciółę. Mama wrzeszczy, wyżalisz się kumplowi. Są obiektywni, bezstronni, pomocni. Tworzą wraz z Tobą taki równoległy świat, do którego krewni nie mają dostępu. I to nie dlatego, że tam nie pasują. A dlatego, że takie jest odwieczne prawo natury. Z rodziną wychodzisz dobrze tylko na zdjęciu. Z friendsami masz zdjęcia w trzech czwartych nienadające się do publikacji. Bo to z nimi przeżywasz chwile, których nie zapomnisz. I o których lepiej, by nie wiedzieli rodzice.

niedziela, 7 lipca 2013

Jedyny plan na życie- niczego nie planować!

Lista wydłuża się punkt po punkcie. Wtedy wyjdziesz za mąż, w tym czasie kupisz samochód marzeń, a mając tyle lat umrzesz. Spełniony i zadowolony ze swojej ziszczonej wizji. Przepełniony dumą, że Twój harmonogram uchronił Cię przed wieloma niepotrzebnymi skreśleniami, korektami, pomyłkami.
I wtedy ten przeszywający dźwięk budzika... Otwierasz oczy i powoli dochodzi do Ciebie smutna, aczkolwiek brutalna prawda- to był tylko sen.
Nierealna wizja, utopia, mrzonka. Nikt nigdy nie pomoże Ci wypełnić Twych skrupulatnie tworzonych założeń. Ale jak to? Czyli będą te tak bardzo niechciane defekty? Niestety, tak. Jednego dnia dotknie Cię choroba, która na kilka dni zamknie Cię w domu. Innego nawiedzi Cię okrutne odrzucenie, które zachwieje Twą wiarę w ludzkość. Jeszcze innego razu będziesz musiał zmierzyć się ze śmiercią, która zabierze kogoś, kto był dla Ciebie całym światem. Powoli Twoja starannie wykaligrafowana lista zacznie pokrywać się kolejnymi atramentowymi kleksami. Z marzenia pozbawionego rys pozostanie tylko wspomnienie...
Dobija Cię to. Nie potrafisz się z tym pogodzić. Nie umiesz zrozumieć. Za jakie grzechy? Kto i po co włazi z buciorami w Twe jakże uporządkowane życie? Wchodzi wgłąb jakby miał do tego prawo, dotyka najbardziej czułych punktów.Jest bezduszny! Powoduje zamęt
i cierpienie. Czy naprawdę na tym Mu zależy?
Nie. Wręcz przeciwnie. Osobą, która "psuje szyki" jest Pan Bóg. Jednak to Tobie wydaje się, że On nie ma prawa się angażować. Paradoks. Bo to właśnie On napisał scenariusz,
w którym Ty broisz ile masz tylko sił. Stworzył Go, zanim Ty zacząłeś Swe istnienie. Nie był on idealny. Nie miałeś być dzieckiem w czepku urodzonym, które wychowa się wśród bogaczy, a kończąc podstawówkę będzie poliglotą. Miałeś urodzić się w normalnej, kochającej się rodzinie, która z niecierpliwością oczekiwała Twego nadejścia. W miejscu, gdzie dowiedziałeś się czym jest radość, ale i łzy. Gdzie panowało zrozumienie, ale zdarzały się i "ciche dni". Tam, gdzie zakazy nie były po to, by je łamać, ale by uchronić Cię przed złem tego świata. Choć nie zawsze się dało.
Dlatego uwierz, że On wiedział i wie co robi. Zaufaj, że chce Twego szczęścia!
A wtedy długopis wypadnie Ci z rąk, bo już nie będzie potrzebny. Nie będziesz już chciał niczego zmieniać. Bo pewnych rzeczy zmieniać się nie powinno.

czwartek, 27 czerwca 2013

Lubisz mnie? On powiedział "nie". Myślisz że jestem ładna? - zapytała Znowu powiedział "nie". Zapytała więc jeszcze raz: "Jestem w twoim sercu?" powiedział "nie". Na koniec się zapytała: "Jakbym odeszła, to byś płakał za mną?" powiedział, że "nie". Smutne - pomyślała i odeszła. Złapał ją za rękę i powiedział: "Nie lubię cię, kocham cię. Dla mnie nie jesteś ładna, tylko piękna. Nie jesteś w moim sercu, jesteś moim sercem. Nie płakałbym za tobą, tylko umarłbym z tęsknoty."

Taa jasne. W takie bajki to ja wierzyłam mając 3 latka, gdy Mamusia czytała mi na dobranoc
Taka miłość może spotkać Królewnę Śnieżkę, Kopciuszka czy bardziej współczesną nam Fionę, ale nie mnie! 

Śmiejesz się do rozpuku, jak w ogóle można umieszczać gdziekolwiek tak ckliwą i oderwaną od rzeczywistości historyjkę. I może jeszcze w nią wierzyć? Dobre sobie. W dzisiejszych czasach...

W dzisiejszych czasach. Moje ulubione stwierdzenie. Jak wielu rzeczy nie będzie dane doświadczyć współczesnym właśnie ze względu na "te czasy". Nie poznają modelu wielopokoleniowej rodziny, nie docenią piękna odręcznie napisanego listu, nie zachwycą się na widok zdjęcia w sepii, nie będą prawdziwie kochać. Czy na pewno? Czy musimy ich na to skazać? Czy nie możemy pokazać im jak wielką skarbnicą wiedzy mogą być nasi dziadkowie i jak wiele możemy od nich czerpać? Czy nie możemy wykaligrafować dla nich parę miłych słów i udowodnić im, że oczekiwanie na Pana Listonosza może być cudownym przeżyciem? Czy nie możemy im otworzyć starych albumów i pokazać, że zdjęcie może mieć duszę? Czy wreszcie nie możemy, na przekór wszystkiemu i wszystkim, ukazać piękna prawdziwej miłości, która istniała, istnieje i będzie istnieć?




poniedziałek, 17 czerwca 2013

Gdy oceniasz ludzi, nie masz czasu ich kochać.

Matka Teresa to była naprawdę życiowa kobieta. Jej słowa dobitnie pokazują zależności jakie często można zaobserwować w otaczającej Cię rzeczywistości, prawda? W świecie, gdzie bez żadnego wysiłku ludzie potrafią dostrzec, obserwować i, mniej lub bardziej prawdziwie, ocenić postępowanie innych. Przecież stojąc z boku więcej się widzi, czyż nie? Zauważa się wady, przywary, braki, niedociągnięcia, których jest tak wiele. Jacy Ci ludzie są ułomni, pełni niedociągnięć i złych stron.
Niepostrzeżenie wchodzisz w ślepą uliczkę. A oprócz tego, że prowadzi ona donikąd to jest tak pusta, że słyszysz tylko jak pośród śmietników, wypełnionych po brzegi, hula wiatr. Tak, jesteś na niej sam jak palec. Zastanawiasz się zapewne jak do tego doszło. Dlaczego na ulicy w centrum dużego miasta nie spotkasz choćby psa z kulawą nogą. Odpowiedź jest niebywale prosta. Sam jesteś tego przyczyną!
To Ty stworzyłeś tę enklawę, do której żaden śmiertelnik dotrzeć nie chce. Gdzie mur rośnie cegła po cegle, obrastany coraz gęstszym bluszczem. Gdzie pozytywne emocje wstępu nie mają. Ale jak to się stało? Jak udało Ci się je unieszkodliwić, zepchnąć na margines? Niestety, pogubiłeś się. W pewnym momencie za bardzo skupiłeś się na dostrzeganiu mankamentów zamiast dobrych stron. Ten za dużo mówi, tamten za głośno się śmieje, a tej to przydałoby się zrzucić parę kilo sadełka. I tak w mgnieniu oka stałeś się nadwornym krytykantem. Mówisz, że krytyka jest potrzebna. Racja, konstruktywna potrafi zdziałać cuda. Jednak ta w Twoim wykonaniu zakrawa na jawną obrazę! Tak bardzo Cię to pochłania, że nim się obejrzałeś, Twym ulubionym zajęciem stało się jak najbardziej bolesne wbicie komuś szpili między żebra. I to dlatego dookoła Ciebie rozciąga się pustka. Ludzie poukrywali się, by nie daj Boże się z Tobą nie zobaczyć. Bo poranne spotkanie popsułoby cały dzień, pogawędka w południe odebrałaby ochotę na obiad, a wieczorna wymiana zdań przeszkadzałaby w spokojnym śnie. Tak, może tego nie zauważasz, ale zaczynasz działać destrukcyjnie. Dlaczego?
Dzieję się tak, bo niestety zapomniałeś czym jest miłość. Uczucie, dzięki któremu dostrzegamy u ludzi ich dobre strony i mniej skupiamy się na wadach, Tobie stało się obce. Zasiałeś w sobie zatrute ziarno i minie sporo czasu nim wyplewisz te pragnące istnienia chwasty. Ale uda Ci się! Bo miłość zwycięża wszystko. Nawet starannie pielęgnowane zło. A może szczególnie je.

sobota, 8 czerwca 2013

Łat­wo ci zacho­wać twarz, gdy kil­ka na zmianę masz.

Ach, jakże pięknie jest w teatrze! Ogromna widownia z obitymi czerwoną satyną fotelami,  loże ponad ziemią,  cudowne oświetlenie, w którym każda twarz tak nieprawdopodobnie promienieje!
Ale to nie dla tych szczegółów wizualnych przychodzisz do tej świątyni sztuki. Często nawet nie przybywasz na spektakl, który ma zostać odegrany przed Twymi oczyma. Nie masz pojęcia co dzieję się wokół Ciebie, czym tak bardzo są zaaferowani siedzący wokół widzowie. Ty masz ukrytą motywację, by swój sobotni wieczór spędzić nie w którymś z popularnych w mieście klubów, lecz w wydawałoby się niemodnym dziś miejscu. Bo któż dziś chodzi do teatru? Starsi ludzie, nauczeni tej formy rozrywki i nieznający innych alternatyw lub zapaleńcy, którzy dążą do osiągnięcia prawdziwego katharsis. Nie zaliczasz się do jednych ani do drugich, dobrze o tym wiesz. A mimo to tam jesteś. Dlaczego? Uczysz się. Ale jak to? Nie w szkole, nie na uczelni, nie na kolejnym z bezsensownych kursów? A no nie. Żadne inne miejsce nie nauczy Cię grać lepiej niż teatr.
Grać... Bo tak traktujesz swoją egzystencję. Sądzisz, że takie postrzeganie rzeczywistości uchroni Cię przed nagłymi zwrotami akcji. Dlatego tak skrupulatnie piszesz scenariusz, nie zapominając o didaskaliach. Bowiem to w nich jest ukryty najważniejszy cel. Tam w najdrobniejszych szczegółach tworzysz swoje "twarze". Ta buzia jest dla rodziców, tamten uśmieszek dla przystojniaka z sąsiedniego bloku, ta minka grzecznego dziecka dla nauczycieli. Tasujesz nimi jak najznakomitszy krupier w jednym z kasyn w Las Vegas. Masz je dopracowane niemal do perfekcji, by żadna sytuacja nie była w stanie Cię zaskoczyć. Trwasz w takiej beztrosce długie lata, wierząc, że tak będzie wiecznie.
Aż w Twym wydawałoby się idealnym planie pojawia się przeszkoda. Poznajesz człowieka i od początku obdarzasz go dużym zaufaniem i sympatią. Masz przeczucie, że  może stać się naprawdę ważną osobą w Twoim życiu. Dzień po dniu oswajasz się z nim, przyzwyczajasz, poznajesz coraz głębsze zakamarki jego duszy. Czujesz, że znasz go tak dobrze, że mógłbyś pokusić się choćby o stworzenie jego biografii i to z naprawdę pikantnymi szczegółami.
Jednego deszczowego jesiennego poranka siedzisz jak zawsze przy kuchennym stole z rogalikiem w ręku, popijając kawę i czytając najświeższe wiadomości. Na pierwszej stronie widzisz zdjęcie swojego przyjaciela. Jednak... jest on podpisany innym imieniem i nazwiskiem. Dzwonisz do niego, by jakoś Ci to wytłumaczył, ale ochotę na rozmowę ma tylko jego automatyczna sekretarka. Przeprowadzasz prywatne śledztwo, które wyjawia szokującą prawdę. Człowiek, któremu tak ufałeś przez cały czas udawał kogoś innego. Jak on mógł mi to zrobić? Jak śmiał?
Próbujesz żyć dalej, choć nie umiesz się otrząsnąć po tym co Cię spotkało. W jeszcze większy szok wprawia Cię notatka, którą znajdujesz pewnego dnia na progu swojego domu: Wiesz dlaczego tak wszystko świetnie Ci się układa? Bo łatwo Ci zachować twarz, gdy kilka na zmianę masz. Teraz wiesz jak to być po tej drugiej stronie...
Nie po stronie kłamcy, a oszukiwanego. Nie po stronie zwycięzcy, a przegranego. Nie jako ciemiężyciel, ale ofiara.